Po czterech latach, które minęły od premiery "Końca Wieku", Sweet Noise wraca z czwartym albumem. Albumem na pewno innym od ich wcześniejszych dokonań, kipiącym jednak równie potężną - o ile nie potężniejszą - energią, jaka zafascynowała wielu przy okazji kontaktu ze wspomnianym już "Końcem Wieku" czy "Getto". Glaca okazał się nie tylko wyjątkowym artystą, ale i świetnym rozmówcą, o czym możecie się przekonać poniżej. Pretekstem do rozmowy była, rzecz jasna, najnowsza płyta zespołu, ale o innych - nie mniej interesujących - sprawach również udało się pogadać.
Nowa muzyka Sweet Noise przynosi wiele zmian; na "Końcu Wieku" w ścianę gitar wplecione były wątki inspirowane folkiem. Na nowym albumie słychać natomiast sporo elektroniki. Czy sądzisz - upraszczając nieco - że zarówno folk jak i sampler mogą równie silnie oddziaływać na zmysł estetyczny słuchacza?
Folku nigdy nie było u nas tak wiele, jak choćby u Sepultury czy Soulfly. To było podyktowane nie tyle naszą kulturowością, co potrzebą uzupełnienia muzycznych obrazów. "Koniec Wieku" był albumem związanym z wielokulturowością i religią, potrzebowaliśmy zatem logicznego uzupełnienia słów i muzyki, by uczynić płytę koncept - albumem. Elektronika ma natomiast zupełnie inny wymiar. Nie wiem, czy inaczej oddziałuje ona na słuchacza, ale chcąc kontynuować drogę muzycznego progresu, chcąc zaskoczyć słuchacza, stwierdziliśmy, że tradycyjne instrumentarium jest dla nas tematem nie tyle zamkniętym, co wyczerpanym. Dochodząc do "Końca Wieku", który mieliśmy odwagę nazwać szczytowym osiągnięciem naszego hard core'owego rozwoju, postanowiliśmy pójść w innym kierunku. Nowe instrumenty miały nas pobudzić, zainspirować. Użyliśmy ich jednak w tak samo hardcore'owy sposób jak wcześniej. Trzy lata zniknięcia za sceny były czasem z premedytacją poświęconym na tworzenie nowego wymiaru Sweet Noise, ale jestem zadowolony, bo przedstawiliśmy nową twarz muzyczną. Jestem zwolennikiem artystów, którzy zaskakują słuchacza nowymi wcieleniami, nieprzewidywalnością. Mam jednocześnie nadzieję, że ten zespół nic nie stracił ze swej siły wyrazu. Przekazywane przez nas treści są wciąż niezwykle wymowne i postawione na ostrzu noża.
Wspomniałeś o Sepulturze; "Roots" ukazał się dwa lata przed "Końcem Wieku". Czy eksperymenty Brazylijczyków jakoś was ośmieliły? Istniała jakakolwiek paralela między ich dokonaniami i nagraniami Sweet Noise?
Na pewno. Nie była to wprawdzie bezpośrednia inspiracja, bo wtedy tworzyliśmy już własne rzeczy, ale na pewno ich nagrania miały pewien wpływ na kierunek naszego muzycznego rozwoju. Nie chodziło wprawdzie o samą etniczność, ale o określone środki ekspresji. Ale od samego początku jesteśmy strażnikami naszego niezależnego wizerunku, dbamy o pewien rys, który będzie utożsamiany tylko z nami. Można to odnaleźć w harmoniach, słowach i chyba w sposobie ich łączenia.
Czy sądzisz, że dwie ostatnie płyty podniosły Sweet Noise do rangi zespołu na swój sposób awangardowego?
Cholera, trudne pytanie... Chyba tak. O ile Davida Bowie czy Tool można określić mianem wykonawców awangardowych, to nas również. Można określić nas mianem zespołu, który nie boi się łączyć różnych elementów, nie boi się forsować granic rozwoju muzyki. Nie chcę osiąść w pewnym stylu, sam chcę ten styl kreować. Chcę szukać tak długo, aż znajdę i iść dalej niż inni. W muzyce mocnej, hardcore'owej elektronika stosowana jest często jako swego rodzaju przyprawa, jest wpleciona w partie gitar. U nas natomiast pewne partie są na niej wręcz oparte, co nie osłabia jednak siły wyrazu. Naszym zamiarem było pójść z tym eksperymentem dalej niż inni.
Czyli sedno pozostaje niezmienne, transformacjom ulega natomiast oprawa?
Tak. Sedno pozostaje niezmienne, a być może staje się nawet mocniejsze. Myślę tu o naszym przekazie, który jest najbardziej hardcore'owy ze wszystkich rzeczy, jakie dotąd napisałem. To właśnie miało być i jest głównym ostrzem tego albumu.
Zgodzisz się, że nowe utwory - mimo nowoczesnej oprawy dźwiękowej - opierają się na dość tradycyjnie pojmowanych, atrakcyjnych melodiach? Elektronika nie przesłoniła melodii.
Ona ją chyba jeszcze bardziej uwypukliła. Użyliśmy jej, by kreować warstwę melodyczną i wyeksponować wszystkie pozostałe elementy. Nie było naszym celem stworzenie albumu o pesymistycznym wydźwięku. Mam na myśli wrażenie, jakie utwór wywołuje u słuchacza. Mimo tematyki tekstów zależało mi na stworzeniu muzyki "wznoszącej", kipiącej rebelią i pozytywną energią życia. A melodie pojawiły się w bardzo naturalny sposób. Przy komponowaniu i produkcji używaliśmy wielu środków, które miały sprawić, że Sweet Noise nie będzie można zignorować, przeoczyć. Ostatnio przydarzyły nam się dwie dość skrajne rzeczy; z jednej strony opuściliśmy dużą wytwórnię, z drugiej natomiast - jak nigdy dotąd - zaczęliśmy eksplorować nurty wręcz mainstreamowe. To wszystko po to, aby nie można było zbyt łatwo ukręcić nam karku. Wzięliśmy na swoje barki ciężar zmienienia rzeczywistości muzycznej w Polsce, która jest według mnie w krytycznym stanie. Ci którzy decydują, ignorują prawdziwe nurty, wartościowe rzeczy i tworzą w sztuczny sposób idoli, gwiazdki jednego sezonu. Gwiazdy okładek pism, nie zaś gwiazdy odbiorców. Gdybyśmy przygotowali muzykę pozostającą w pewnej niszy, nie osiągnęlibyśmy wielu celów.
Wydaje mi się, że nowy album jest mocno osadzony w polskich realiach. Czy istnieje zatem perspektywa wydania tego materiału na Zachodzie, tak, jak to miało miejsce z waszymi wcześniejszymi realizacjami?
Chyba nie. W tym przypadku powstanie chyba zupełnie nowy projekt.
Osobny dla Zachodu?
Tak. Ewentualnie z wykorzystaniem niektórych utworów z płyty "Czas Ludzi Cienia", dlatego że ta rzecz była robiona ewidentnie tu i teraz, oscyluje wokół relacji z naszymi fanami, którzy karmili nas inspiracją. Zbudowaliśmy coś, czego nie moglibyśmy zbudować gdzie indziej. Bazując na trzech poprzednich płytach i koncertach, otrzymaliśmy możliwość targnięcia się na rzecz bardzo trudną: z jednej strony było nią stworzenie muzyki, z drugiej natomiast - stworzenie potężnego spektaklu. Zagraliśmy w przeciągu dwóch lat dwa koncerty, oba na Woodstock. Zaproponowaliśmy widowisko oparte na monumentalnych instalacjach kojarzonych z teatrem. Zamiast okroić skład, poszerzyliśmy go. To wszystko jest możliwe w Polsce, a nie byłoby możliwe tam. Mam pełną świadomość, że za granicą potrzebne jest nam zupełnie nowe, świeże podejście do tematu i zupełnie inna droga.
Od premiery poprzedniej płyty minęły prawie cztery lata. Nie uniknęliście zmian składu, problemów z wydawcą. Czy kiedykolwiek przemknęła ci wówczas przez głowę myśl o ewentualnym końcu zespołu?
Były takie chwile, zwłaszcza że w polskich realiach w świecie muzycznym nie dzieje się nic. Tylko wymiar kilkuset tysięcy sprzedanych płyt daje świadomość, że ktoś o ciebie zabiega, ktoś dopinguje. Masz tych sztucznych klakierów, tą całą armię pijawek, która słodzi, podkręca ciśnienie. Ale realia są takie, że trzeba borykać się z problemami takimi jak piractwo, brak klubów, darmowe koncerty. To wszystko dołuje, przytłacza, zamyka drogi młodym - ale nie tylko - twórcom. Wiele było wspaniałych zespołów, których rozpadu nie mogę odżałować - chociażby warszawski Kobong, kapela, której mógłby pozazdrościć nam każdy na świecie. Rozmawiałem z jego członkami. Mówili, że przez trzy lata pracowali nad płytą i musieli to zostawić, bo odzewu nie było żadnego. To jest wstyd. Oskarżam polski showbiznes, że ukręcił głowę takim zespołom. Nie chodzi tylko o wydawców, ale i o tych, którzy zaczęli organizować darmowe sztuki, zabijając tym samym życie klubowe. Dlatego postanowiliśmy odejść z wytwórni i zacząć robić wszystko po swojemu zupełnie innymi sposobami. Nie chcieliśmy naciskać, szantażować, wciskać kitu. Polski showbiznes charakteryzuje się tym, że ludzie z nim związani wciąż jednakowymi metodami próbują dotrzeć do ludzi. A to udaje się tylko do pewnego momentu, teraz udaje się coraz gorzej. Płyty sprzedają się coraz gorzej i nie można usprawiedliwiać wszystkiego kryzysem, bo ludzie chcą jednak słuchać muzyki. Należy winić firmy, które nawet już nie ukrywają, że produkcje są do siebie podobne, byle jakie, pozbawione duszy i charakteru. Myślę, że nasz sukces zawdzięczamy w dużej mierze temu, że odeszliśmy z Universal.
Było aż tak źle?
Było bardzo źle. Jeżeli przedstawiasz ludziom rzecz, która jeszcze przed wydaniem ma duże poparcie - bo wiele osób słuchało naszej muzyki w studio - i mówisz im, że mamy szansę stworzyć nowy wymiar muzyczny, rzecz bez precedensu, że mamy szansę dać ludziom wreszcie jakość, wyjątkowość, dużą, przemyślaną, w pełni zajebistą, dobrą produkcję i oczekujesz w zamian pewnych środków, to okazuje się, że zupełnie się nie zgadzaliśmy. Okazuje się, że dla tych ludzi jakość oferowanej muzyki jest bez znaczenia. Nie odróżniają dobrych produkcji od złych. Nie tylko amerykańskie produkcje mogą być wysokojakościowe. Jeśli poświęcisz czemuś dużo pracy, to otrzymasz piękny, zadowalający ciebie i odbiorców rezultat. Ten konflikt narastał do pewnego momentu, kiedy dział A&R - odpowiedzialny za kontakt z artystą, za prowadzenie projektu - zagroził mi bojkotem całej płyty. Stwierdziłem, że w ogóle nie stoimy po tej samej stronie i że nie możemy współpracować, skoro własna firma mi grozi i mówi: "po co się męczysz, wydaj demo...". A jeśli nawet nie byłoby tej sytuacji, to sądzę, że zblazowanie tych dużych firm jest straszne. Zwłaszcza że chodzi o muzykę, która potrzebuje pasji, która ma moc przekonywania. Nie można przyjąć, że Universal wydaje tylko Briana Adamsa i Stinga, bo w tej chwili w Stanach wydaje na przykład Slipknot, wydaje Mansona, Nine Inch Nails. Potrafi z nimi pracować, promować ich bez ściemy. Mi nie była potrzebna ściema. Mam szczęście pracować z licznym gronem fachowców. Managementem zajmuje się Sylwia Lato, która jest osobą doświadczoną i pracowała również w Universal. Duża część naszej promocji przebiega przez Internet. Działa tam Bartek Rogalewicz, który został dwukrotnie nagrodzony Cyber Kreaturami. Postanowił nam zrobić rzecz na wysokim poziomie, która zapewni nam kontakt z ludźmi. Zaczęliśmy robić coś, czego showbiznes w Polsce standardowo nie oferuje.
Płyta "Czas Ludzi Cienia" spotkała się z dużym odzewem ze strony fanów. Nie mówię tylko o wynikach sprzedaży, ale i o reakcjach na muzykę. Czyli wychodzi na to, że Universalowi umknęła świetna okazja.
Tak, stracili dobrą okazję. Trzy lata spędziłem nad pracą nad tym projektem i po zagraniu koncertu na Woodstock w 2001 czułem reakcję ludzi, czułem, że coś jest oczekiwane. Gdybyśmy wydawali albumy co rok, to oczekiwanie nie byłoby odczuwalne. Zapytałem ludzi z Universal, czy wychodzą zza swoich biurek, czy odwiedzają kluby, czy prezentują komuś moją muzykę. Nie można obliczać powodzenia muzyki według matematycznych wzorów. Sztuka potrafi się wyrwać biurokratom z rąk. Ja zauważam w tym same plusy; jesteśmy poza kontrolą showbiznesu, mówimy, co o nim myślimy. Reprezentujemy nie tylko siebie, ale i potężne grono fanów, którzy mają tej sytuacji dosyć, którzy kłamstwa i manipulacje systemu zaczynają powoli - bardziej chyba instynktownie niż świadomie - odczuwać. Jeszcze parę lat temu rock, metal, hard core stały mocno i nie były podejmowane jakiekolwiek kroki, aby ten stan rzeczy utrzymać. Wjeżdża hip - hop i techno, a tamten nurt od razu spychany jest na drugi plan. Hip - hop jest OK, techno jest OK, metal jest OK, ale wszystko powinno mieć swoje miejsce. Ale to jest tak; jak wjechały do Polski dżinsy dekatyzowane, to można było odnieść wrażenie, że wszyscy w tym chodzą, kiedy pojawiła się moda na dresy, to ludzie ich nie noszący znikli jakby z ulic. Okazuje się, że oni są. Do Owsiaka przyjeżdża rokrocznie kilkaset tysięcy osób, a my chcemy do nich trafiać.
Czy w twoim pojmowaniu idei tego zespołu zaszły w ciągu ostatnich dziesięciu lat jakieś zmiany? Czy Glaca, który w 1994 roku występował w Jarocinie, różni się od Glacy, który współtworzył materiał na "Czas Ludzi Cienia"?
Nie, zupełnie nie. Wczoraj spotkałem znajomego, z którym na początku lat dziewięćdziesiątych coś wspólnie robiliśmy i on powiedział, że wtedy więcej się śmiałem, że wtedy było we mnie więcej radości. Pytał, gdzie to się podziało. Jestem bardzo skoncentrowany na tym projekcie, jest to całe moje życie i nie robię od wielu lat niczego innego, myślę o tym, jak nie dać temu zespołowi zniknąć i rozmyślam wiele o tym, co ten zespół tak naprawdę dla ludzi znaczy. Co znaczą dla nich takie utwory jak "Godność", "Bruk". Zdarzyło mi się przeżywać coś na tyle pięknego, że mam do czynienia z głębokimi uczuciami, które połączyły nas z tymi ludźmi. Czuję więzi nie do zerwania na całe życie. Nie ignoruję fanów, nie śmieję się z tego, nigdy nie dowcipkowałem ze stosunku fanów do zespołu. Niestety poznałem bardzo wcześnie wielu ludzi, którzy mieli do tego stosunek... lekki. Mało jest w Polsce pokory wobec ludzi, którzy kupują płyty, chodzą na koncerty. Dane jest nam przeżywać coś pięknego. Dlatego nigdy nie lubiłem, jak muzycy mówili o ludziach "rasa" lub "bydło". To są ludzie, którzy dają i dawali im chleb i nie tylko. Myślę, że nie wolno mi ich zawieść. To było na przestrzeni ostatnich czterech lat najcięższe. Wiedziałem, że wraz z kolejną płytą mogę popełnić błąd. Nie piszę dlatego, że muszę. Mogłem zająć się wieloma innymi rzeczami. Zastanawiałem się, czy jestem w stanie zrobić coś równie emocjonalnego jak pierwszy album - "Respect". To chyba najpiękniejsze czuć się cały czas debiutantem, nie mieć tego skażenia gwiazdorskiego. Wiele rzeczy wciąż mnie zaskakuje; choćby fakt, że płyta spotkała się z takim odzewem, podczas gdy wszyscy mówili, że tak nie będzie. Cieszę się jak dziecko każdym, nawet najmniejszym, sukcesem. I tutaj chyba jest największy rozdźwięk między nami a przeważającą częścią polskiej sceny. Ludzie gdzieś tamują te uczucia. Jeżeli one są, to są wewnątrz. My jesteśmy ekipą złożoną z dziewięciu osób, z których każda - Magic, Tod, DJ, X'y - jest napalona na kontakt z fanami, podpisywanie płyt, koncerty. To jest zajebiste.
Mówiłeś o szacunku dla fanów. Stąd idea Noiser Clubu, zapraszania jego członków na spotkania z zespołem? Stąd to wszystko?
Wreszcie strona internetowa dała nam możliwość stałego kontaktu. Członkowie Noiser Clubu mogą zobaczyć rzeczy, których inni ludzie nie widzą, choćby unikatowe sesje zdjęciowe. Mogą przeczytać, co my sądzimy o sztuce; Tod pisze o filmie, ja piszę o powstawaniu "Czasu Ludzi Cienia", eMeF - nasz drugi wokalista i performer - zaczyna pisać o teatrze. Do tego stworzyliśmy Noise Nation. Tam przysyłane są prace graficzne, poezja, muzyka. Chcemy to rozszerzyć o jakieś sporty ekstremalne, sztukę graffiti... To wszystko jest dla nich, jest pomostem, wyciąga ich z cienia. Można tam poczytać poezję Pajaca, niedługo będzie można posłuchać muzyki Stinka. To pierwszy artysta - debiutant, którego przyjęliśmy do Noise Nation. W przyszłości mam nadzieję wydać płytę, może album z tymi pracami. No i chciałbym zapraszać tych ludzi na koncerty. Podczas koncertu Sweet Noise na scenę wchodzi członek Noise Nation i prezentuje siebie innym ludziom. A szczytem tego wszystkiego jest pomysł na najnowszy teledysk do utworu "Nie było", czyli odwdzięczenie się ludziom za to, że przyjechali do Rybnika podczas realizacji klipu do "Dzisiaj mnie kochasz, jutro nienawidzisz". Tym razem my pojedziemy do nich do domów. Robimy zdjęcia u nich w pokojach, razem z zespołem. Właściwie wszystko, co oni robią, to siedzą przed kompem i oglądają naszą stronę. Paradoksalne, że nie ruszamy obecnie w trasę koncertową, ale robimy takie "Nie Było - Tour" i jeździmy po polskich miastach, chcąc poznać naszych fanów.
To musi być dla nich wielka frajda.
No masakra. Jedziemy, umawiamy się na zdjęcia, a potem musimy uciekać w inną stronę. Ale dla mnie to jest właśnie takie organiczne, to jest to, od czego muzyka za sprawą wielkiego biznesu odeszła. W tym cyklu wyznaczonym przez płytę, promocję, teledysk nie widzisz, nie czujesz tego człowieka. Natomiast muzyka w swej organicznej formie - ulicznej, "małoklubowej" - oferowała, i może w niektórych miejscach wciąż oferuje ten żywy kontakt. Fascynuje cię coś, co ktoś pisze, maluje, gra i jednocześnie raz na jakiś czas masz konfrontację z tym człowiekiem i mówisz: "no tak, to nie jest wymysł, to jest kurwa prawdziwe!". Ja nie miałem wielu takich spotkań, ale poznałem i zaprzyjaźniłem się z ludźmi z zespołu Tool i okazuje się, że tak samo piękni jak w swojej muzyce są na codzień. Nie ma tego motywu rozczarowania; słuchasz czyichś płyt, uwielbiasz kogoś słuchać, a nagle spotykasz go i to jest buc.
Czyli artysta fajny a człowiek średni?
Niektórzy potrafią to dzielić. Natomiast dla mnie całością jest, gdy obie te rzeczy są piękne i pozytywne.
Wydaje mi się, że do niektórych utworów na nowej płycie przeniknęła stylistyka charakterystyczna dla twórców hip - hopu. Słychać to chyba nawet bardziej w poetyce tekstów niż samej muzyce. Zgodzisz się z tym?
Z pewnością tak. Szukałem drogi, którą słowa trafią do słuchacza. Moją ideą było odczyszczenie wokalu z wszelkich niezrozumiałości, dlatego zrezygnowałem z pewnych technik wokalnych. Mam wrażenie, że kiedyś mój głos eksplodował tuż przed twarzą słuchacza. Teraz tak naprawdę rezonuje wewnątrz i ta eksplozja nadchodzi później. Bo spokój może czasami być tak samo dobrym środkiem wyrazu jak totalna burza emocji. Natchnieniem nie był dany wykonawca, ale hip - hop jako taki; sztuka przekazywania za pomocą słów idei, postaw, emocji, uczuć. Pomogło mi to znaleźć klucz do tego, jak tworzyć, jak oddać to, co już potrafiłem, w nieco innej formie. Inaczej nie współgrałoby to z muzyką.
Jak wspominasz tych wszystkich muzyków, którzy na przestrzeni lat przewinęli się przez zespół? Utrzymujesz w ogóle kontakt z Letkim, Balbiną czy Bigozzem?
Rzadko. Czasami widuję się z Balbiną, on do mnie przychodzi. Robi zupełnie inną muzykę - totalnie lajtowe sytuacje; rock, choć chyba i takie określenie jest przesadzone. Robią piosenki z Letkim, z Yachem. Ja cały czas nie mogę się wyzbyć pewnej pretensji - nikogo z nich nie wyrzucałem z zespołu, istniała potężna dysproporcja w dawaniu z siebie... Myślę, że dane im było tworzyć dla bardzo wyjątkowych ludzi - nie mówię tu o sobie, ale o fanach Sweet Noise. Nigdy nie próbowali wyjaśnić im okoliczności swego odejścia z zespołu. Myślę, że to zbyt lekko przyszło i poszło. Skoro robią swoją muzykę, to niech będą w tym szczęśliwi. Nie są to dla mnie, niestety, inspirujące osoby, a tylko z takimi staram się utrzymywać kontakt.
Zespół musiał stawić czoła konfliktowi z poprzednim wydawcą. Skoro kapela o ponad dziesięcioletnim stażu i ustalonej pozycji boryka się z takimi problemami, to jakie perspektywy mają młode, niedoświadczone - choć niejednokrotnie wartościowe - zespoły?
Myślę, że szansą są niezależne działania i totalne poświęcenie temu, co się robi. Przyszłością jest Internet i próba gromadzenia publiczności przy jego pomocy. To sprawia, że przychodzisz do wytwórni mocniejszy: masz stronę rozkręconą na tyle mocno, że odwiedza ją określona liczba osób, a tym samym dysponujesz pewnymi argumentami. Uważam, że zespoły bez argumentów będą gnojone, oszukiwane, okłamywane i przede wszystkim - co jest dla mnie najgorsze, a widziałem takich wypadków kilka - nie będą respektowane jako artyści. Czyli można wydać czyjąś płytę, ale nie trzeba. Można ją wypromować, ale nie trzeba. Można popełnić błędy - cóż z tego, że artysta ma złamane życie. Takich sytuacji trzeba unikać, bo możesz podpisać kontrakt i być samym tym faktem usatysfakcjonowanym, mając wrażenie, że ktoś troszczy się o twoją karierę i stara się wyciągnąć z niej obopólne korzyści. Tymczasem jest zupełnie inaczej. Ci ludzie myślą o swoich posadach, o wykupionych działkach, o samochodach. Uważam, że w większości to są motywy ich działania. Jesteśmy artystami, ludźmi, którzy dają im chleb. Ludzie często truchleją, gdy nazywam to rasizmem. Jeżeli traktujemy Metallikę czy Stinga z pełnymi honorami, a Sweet Noise potrafimy zeszmacić, złamać karierę Lipie - wspominam o nim, bo wiem, że ludziom wisiało, czy jego solowy album odniesie sukces czy nie - to mamy do czynienia z rasizmem, z dzieleniem artystów na lepszych i gorszych. Podstawą do tej opinii są tylko zera przy jedynce. Jeśli pracujesz dla artysty, to nie powinno być różnic między tym, który przynosi zyski, a tym, który przynosić je dopiero zacznie. Teraz jestem szczęśliwym człowiekiem, ale to że oni napluli na nasz projekt - mam na myśli nie tylko Universal, bo zwracaliśmy się również do innych wytwórni - było o tyle dziwne, że nie rozmawialiśmy o przebrzmiałym zespole. Gdy graliśmy po raz pierwszy na Woodstock ludzie bardzo żywiołowo na nasz występ reagowali, jak można zatem powiedzieć im wszystkim: "fuck off"'?
Dlaczego zdecydowałeś się na pomoc zespołowi None? Aby zwrócić uwagę na jeden z takich wartościowych zespołów?
Jasne że tak. Poza tym w nich jest pasja, energia, moc. Wprawdzie namawiam ich na pewne kroki, jak choćby śpiewanie po polsku, ale współpracujemy i widzę, jaki wielki żal mają do Tomasza D., do Metal Mindu. Widzę, jak bardzo on to ma w dupie, jak wystarczy mu sprzedać tysiąc lub dwa tysiące egzemplarzy płyty, żeby odbić sobie koszty i zarobić. Zarobić małą kwotę, ale summa summarum taka kwota daje mu pewnie wakacje na Hawajach co roku. Ten koleś chyba po to wydaje płyty. W tej chwili mamy czwartą płytę na koncie i swoje szczytowe osiągnięcie - bo nie wydaliśmy płyty słabej - i okazuje się, że przez wzgląd na jakiś konflikt interesów Sweet Noise nie będzie na okładce jego pisma. Nasz album nie będzie płytą miesiąca, bo jesteśmy z innej wytwórni. Płytę miesiąca dostaje ten, kto posmarował, ten, kto jest wydawany przez Metal Mind. Tak naprawdę to niech wypierdala z takim pismem. Nie zdziwię się, jeśli coraz bardziej rosnąca rzesza fanów Sweet Noise powie: "to jest ściema!". Ile mam czekać na gest szacunku z jego strony? Jak będę miał pięćdziesiąt lat i wydam dwudziestą piątą płytę? Kiedy pojawia się zespół i ma poparcie wśród ludzi, naturalną sprawą powinno być, że ktoś o nim pisze, umieszcza na okładce pisma, a pismo za sprawą zespołu dobrze się sprzedaje. Tutaj jakoś to nie działa. "Tylko Rock" woli rzucić na okładkę Papa Roach, a ma przecież lokalny Sweet Noise. W takim razie za jakiś czas - obym się mylił - napędem mediów będą tylko amerykańskie zespoły, tymczasem dla pozostałych zostanie jakaś nisza.
Podobnie z Acid Drinkers. Kilka ostatnich albumów dla Metal Mind uznawanych było za płyty miesiąca, zespół pojawiał się na okładce "Metal Hammera", a przy okazji "Acidofilii" pojawiła się zaledwie recenzja.
Nie mam słów. Nie wiem, co mam powiedzieć. Ludzie nie są idiotami. Widzą, że każda płyta Acidów od iluś lat była płytą miesiąca, pojawiały się wielkie wywiady, okładki. Nagle panowie zmienili opcję na Sony i pan D. wymazuje zespół z tablicy. Można tu chyba mówić o totalnym braku szacunku dla swoich czytelników. Mam w sobie dużo buntu i goryczy, ale tak naprawdę sądzę, że dla nas to jest dobry czas. Przygotowujemy się do zagrania dużej trasy. Nie wiem, kiedy się ona odbędzie. Mamy wprawdzie wiele propozycji od klubów, ale chcemy dać ludziom to, co zaoferowaliśmy im na Woodstock. Aby to urzeczywistnić, należy grać w halach. Możemy to zrobić, gdy upewnimy się, że się nie poślizgniemy, że ci wszyscy dokoła nie zaczną się z nas śmiać, bo nam się nie udało. Ale jestem przekonany, że prędzej czy później do tego dojdzie i koncerty zaczną gromadzić potężną liczbę fanów. A wtedy zaczniemy rozmawiać z nieuczciwymi mediami - bo są i takie, które traktują nas bardzo dobrze - z zupełnie innego poziomu. Hip - hop jest przykładem tego, że istnieją ludzie i poświęcone im pisma, w których pojawiają się polscy wykonawcy. Ta subkultura rośnie, podczas gdy rock poległ. Kiedyś była era dominacji chyba dziś nieco zapomnianego bandu - Proletaryatu. Był Dezerter, wspomniany przeze mnie Kobong... Zajęli się tym tak nieuczciwi ludzie, amatorzy, że roztrwonili potężny potencjał. Uważam, że "Acidofilia" jest w ciągu ostatnich lat jedną z lepszych płyt Acid Drinkers, tymczasem Sony nie potrafił poprowadzić kampanii tego zespołu. Albo Acid dokona zrywu i włoży w to taką energię jak Sweet Noise, wracając z kolejną płytą na własnych warunkach, albo zaczną należeć do grona tych zespołów, o których pamięta coraz mniej ludzi.
Kiedyś mówiło się o Wielkiej Trójcy polskiego metalu - Acid Drinkers, Sweet Noise i Vader. Wszystkie te zespoły wydały w tym roku nowe albumy. Co o nich sądzisz?
Słyszałem album Acid Drinkers. Słyszałem kilka zaledwie utworów z nowej płyty Vader; nie wiem wprawdzie czy może to być jeszcze zaskakujące. Jak zwykle solidnie - w ramach stylu - zagrana rzecz. Na pewno bardzo dobre, mocne wydawnictwo. Co do Acid Drinkers; tak jak mówiłem - najlepsza w przeciągu ostatnich lat ich płyta spotkała się z najmniejszym wydźwiękiem.
Czy zastanawiałeś się kiedykolwiek nad opublikowaniem swoich tekstów w formie słowa pisanego, w formie jakiegoś zbioru? Piszesz tylko z myślą o albumach Sweet Noise?
Na razie tak było. Kto wie, czy nie powinienem stworzyć jakichś zupełnie pejzażowych plam muzycznych i przeczytać na ich tle moich tekstów. Coś na kształt "Spoken Word", jakie wydaje Henry Rollins. Albo po prostu spisać to wszystko. Myślę o tym. Być może połączę to z historią "Czasu Ludzi Cienia", którą przygotowuję. Chcielibyśmy rozwijać się w bardzo różnych kierunkach. To jest swego rodzaju hard core, który w naszym wydaniu otrzymał wszelkie znamiona kultury; słowo, muzyka, styl myślenia. To wszystko zapętla się wokół www.sweetnoise.org. Mija drugi miesiąc od premiery płyty i czuć coraz większą moc. Gdy zaczynaliśmy, na liczniku Noiser Club było kilkaset osób, przed wydaniem płyty - dwieście, natomiast obecnie - dwa tysiące. Zniknął syndrom samotności. Noiserzy zobaczyli, że jest ich wielu, że nie trzeba się niczego wstydzić. Jeśli w miastach będzie ich coraz więcej, to może wraz z upływem czasu nie będzie się trzeba bać. Wielu nazywa to wręcz moją paranoją, ale ja - w odróżnieniu od innych - znam moich fanów osobiście, wiem, że nadal żyjemy w tak nietolerancyjnym społeczeństwie, że za długie włosy można być pogonionym lub poturbowanym. Chora mentalność ludzi w tym kraju sprawia, że rządzą mody; wszystko spoza głównego nurtu jest wrogie. Musimy to zmienić.
Zastanawiałem się czy - zważywszy na mnogość waszych fascynacji - jesteście zaangażowani lub zamierzacie zaangażować się w jakieś poboczne projekty, czy też w ramach Sweet Noise możecie eksplorować wszelkie stylistyki muzyczne?
W tej chwili prowadzone są rozmowy dotyczące zaczątków nowych projektów. Myślę, że wszyscy ci ludzie (mowa o pozostałych członkach Sweet Noise - przyp. krzywy) wydadzą swoje rzeczy. Mam nadzieję, że będą tworzyć dzieła oryginalne. Bo oryginalność oznacza przetrwanie i szacunek ludzi. Ludzie tak naprawdę nie potrzebują na dłuższą metę imitacji Korna, Limp Bizkit, Sepultury, Linkin Park. Ludzie potrzebują prawdziwości. Wśród szeregu płyt jest kącik imitacji i tam mieści się rozrywka, substytut sztuki. Są jednak i inne płyty - płyty ważne. Aby je tworzyć, trzeba mieć swój głos. Mam nadzieję, że Sweet Noise będzie rezonował na wszystkich, którzy go obecnie tworzą.
Wasz koncert na Przystanku Woodstock właściwie można określić mianem przedstawienia parateatralnego. Zamierzacie wydać kiedykolwiek zapis takiego występu w formacie DVD czy choćby VHS, bo jednak niewiele polskich klubów mogłoby być areną takiego przedsięwzięcia...
Owsiak ze mną o tym rozmawiał i twierdził, że koncert na Woodstock 2002 jest na tyle dobry, że przygotowuje się do wydania DVD. Zobaczymy... Wiele rzeczy można by na nim umieścić. W przyszłości musimy jednak odzyskać prawa do wszystkich naszych płyt, które ukazały się nakładem Universal. Doszło bowiem do totalnie paranoicznej sytuacji; ci ludzie w swojej złośliwości czy niechęci do fanów lub nas - pewnie bardziej do nas - wbrew zamówieniom na poprzednie płyty przestali je dystrybuować. Nie można dostać w sklepach "Respect", "Getto". Ludzie powinni móc je usłyszeć, a w tej chwili zaczynają ściągać je w formacie MP3. To łamanie naszych umów, na mocy których zobowiązali się dystrybuować nasze wydawnictwa. To samo tyczy się praw do klipów. Chciałbym je odzyskać.
Czy utwór "Skurwiel" adresowany jest do elit rządzących?
Do elit rządzących krajem i do elit rządzących showbiznesem. Chodzi ponadto o postawę tolerowania złodziejstwa. To jest obecne wszędzie na świecie, ale boli mnie tutaj, bo wiem, jak złudny okazał się sen o tym, że zmiana systemu przyniesie uczciwość. Wielu sądziło, że to co mroczne i złe już za nami. Okazuje się, że nowy wymiar sprawił tylko, że złodzieje inaczej wyglądają, inaczej kradną, używają innych technik. Widzę potężny zawód ludzi. Czują się oszukani, dlatego takie a nie inne słowa utworu. Są takie chwile, w których nie ma innych słów.
W kawałku "Manipulacja" pojawiają się słowa: "to oni sprzedają boga i dźwięki". Czy to o przedstawicielach nurtu zwanego rockiem katolickim?
Tak. Niektórzy z nich zrobili na mnie bardzo pozytywne wrażenie, w innych - wbrew temu, co przekazują - dostrzegłem nietolerancję i wrogość. Takim punktem kulminacyjnym było spotkanie w telewizji przy okazji koncertu Mansona. Był tam Sweet Noise oraz - ogólnie rzecz biorąc - ludzie, którzy głoszą wolność słowa, po drugiej stronie siedzieli natomiast chrześcijanie, wśród których był również Darek Malejonek. My twierdziliśmy, że każdy ma prawo zagrać i głosić swoje poglądy, z drugiej strony padały natomiast potężne oskarżenia. Atakowali nas w zupełnie prostacki sposób; chodziło o nasz wygląd, sposób wysławiania się. Darek, który kiedyś grał w punkowych składach, nie powiedział ani słowa. Nie miał jaj, by wstać i powiedzieć: "Odczepcie się od ich fryzury!". Czas pokaże - bo koniunktura w pewnym momencie spadnie - ilu z tych ludzi przywdzieje inne szaty. Bóg - jeżeli jest - na pewno nie jest na sprzedaż. Bóg bardziej kojarzy mi się z misją, z dobrocią, z oddaniem siebie.
We wkładce płyty pozdrawiasz mimo wszystko Litzę.
Mimo wszystko. Mimo wszystko bardzo go lubię. Pomagał nam przy płycie, pożyczył nam to i owo. W pewnym momencie widziałem wielki potencjał muzyczny w Arce Noego. Z drugiej strony kiedy dowiedziałem się, że grywają na festynach partii politycznych, to chciało mi się rzygać. Jak można wykorzystywać dzieci do celów politycznych? Co te dzieciaki tak naprawdę mogą wiedzieć o Bogu, o polityce? Czy to dobrze czy źle? Uważam, że to na pewno źle. Dzieci są dziećmi i powinny wybierać wtedy, kiedy są świadome. Pomimo tego uważam, że Litza nam pomógł. Wśród podziękowań na płycie Sweet Noise pojawia się osoba z zupełnie innej beczki - Wiśniewski (tak, ten z Ich Troje - przyp. krzywy). Kiedy mnie i Magicowi potrzebne było studio, w którym moglibyśmy długo i komfortowo nagrywać, okazało się, że pomoc nie przyszła z kierunków, których się spodziewaliśmy, tylko z jego strony. Propozycja była na tyle atrakcyjna, że część instrumentów nagraliśmy w jego studiu. I jemu również podziękowaliśmy.
Wiele - o ile nie wszystkie - teksty na "Czas Ludzi Cienia" mają pesymistyczną, może nawet apokaliptyczną wymowę. Czy w kontekście tej płyty istnieje w ogóle pojęcie nadziei?
Tak, dlatego że ta płyta dała mi przetrwanie. Ta płyta sprawiła, że przeżyłem, że jestem. Daje mi energię. Odbieram sygnały, że ludziom również daje energię, moc. Ukazanie prawdy - nawet tej bolesnej - nie jest równoznaczne z brakiem nadziei. Jeżeli staramy się kogoś na pewne sprawy uczulić, to nadzieja również istnieje. Staram się pisać jak najbardziej prawdziwie. To wypływa, nie piszę rzeczy z premedytacją, chcąc uzyskać jakiś wymierny efekt. Zastanawiałem się wielokrotnie, dlaczego to daje ludziom nadzieję. Najbliższe prawdzie będzie chyba to, że ludzie chcą czuć, że jest ktoś, kto myśli tak jak oni. Bardziej chciałbym być postrzeganym jako przyjaciel, który gości w ich domach pod postacią płyty, moich słów. To jest tak, że tworząc, daję początek jakiejś historii, która kończy się koncertem. Koncert ów nie ma nic z celebracji stanów mogących kojarzyć się z dołem. Jest to celebracja mocy, energii, jest w tym może nie radość, ale ogrom miłości do ludzi. Miłość do ludzi i chęć bycia blisko nich - bez względu na to kim i jacy są - jest moim napędem. Sweet Noise może, choć nie musi, być przykładem na to, że pewne rzeczy są możliwe. Chcemy przemówić do ludzi, którzy chcą uratować ten gatunek. Im częściej o tym mówimy, tym większa szansa, że nie będzie można zignorować nas i fanów.
Mógłbyś zdradzić okoliczności powstania utworu "Showshit", bo jednak nieczęsto zdarza się, aby zespół zapraszał na płytę fana...
Thomas jest fanem zespołu od paru lat. Miałem plan, że zaproszę na płytę fana. Udowodnimy, że ktoś, kto nas poznał, powiedział, że słucha naszej muzyki i że jest z nami, może zaistnieć w naszej twórczości. Chciałem ponadto, aby wszyscy uwierzyli, iż nasze deklaracje o więzi z fanami nie są czczym gadaniem. Stworzyliśmy podkład muzyczny, zadzwoniłem do Thomasa z pytaniem, czy on ma coś do przekazania. On odpowiedział twierdząco, przyjechał, stanął przy mikrofonie i zarejestrował swój wolny styl. Zmiksowaliśmy to z muzą, a efekt był na tyle przekonujący, że zostało.
Czy ukryta ścieżka zaindeksowana pod numerem 32 to tylko zwykły wygłup?
To właśnie to, czego ludziom u nas przez długi czas brakowało - przejaw poczucia humoru. Pewna szydera z Radia Zet. Magic nagrywał wszystko, co robiłem przy mikrofonie; rzeczy zarówno poważne, jak i mniej poważne. Tak długo tego słuchaliśmy, aż doszliśmy do wniosku, że to jest to. Cóż więcej komentować.
A jak to było z Leszkiem Kamińskim, który ponoć zwiał wam ze studia?
Strasznie. Mieliśmy już wszystko przygotowane i wybraliśmy tego, który miał realizować nagrania. Doszło do wielu spotkań. On był trochę nieufny, mnie udało się go jednak przekonać, że historia jest jak najbardziej poważna. Postawiliśmy sprawę jasno: my jesteśmy producentami, a on realizatorem. Na początku to zaakceptował. Konflikt zaczął jednak narastać, a pretekstem okazały się pieniądze. On ma aspiracje producenta, o których nawet nie mówi. Nie do końca potrafił zaakceptować niektóre z naszych pomysłów, rozwiązań. Odbyliśmy w studio Złota Skała, gdzie mieliśmy z nim nagrywać, dramatyczną rozmowę i w pewnym momencie zwinął się ze swoim sprzętem i asystentem, zostawiając nas w studiu samym sobie. Ani razu się później nie odezwał, nie przeprosił. Maksymalnie zawiódł zespół. W moich oczach jest to rozpieszczony gwiazdor i histeryk, bo to zespoły dają realizatorom chleb. Początkowo przedstawiał się jako człowiek, który chce nagrać przepiękny sound, a nam tylko na tym zależało. Miał pole do popisu i nie wykorzystał tego. No cóż, tak się zdarza.
|