...Lecz cień nie zapomina. Archiwizuje, tworzy zbiór. Zna winnych oraz ich ofiary. Każdego z nas. Problem polega na tym, że nawet cień posiada granice. Kiedy zbiór zbliża się do granicy, cień nie ma wyboru, zaczyna czyścić archiwum. Nastaje czas ludzi cienia...
Czas ludzi cienia "nastał" po trzyletniej przerwie. To długo, krótko czy w sam raz na wydanie kolejnej płyty?
Glaca: Raczej długo, ale właśnie tyle czasu potrzebowaliśmy, żeby zaprezentować nowy materiał. Spora część była oczywiście gotowa dużo wcześniej. Chcieliśmy jednak dopracować każdy detal. Zadbać, by wszystko brzmiało jak najlepiej.
Magic: Poza tym był to dla Sweet Noise czas poważnych zmian. Z własnej woli rozstaliśmy się z Universal Polska, nowa płyta została wydana przez naszą własną niezależną wytwórnię Noise INC. we współpracy z Jazz and Java Records. Ta zmiana wiązała się z nowymi problemami, które sami musieliśmy rozwiązać.
Premiera "Czasu ludzi cienia" odbyła się na tegorocznym Przystanku Woodstock. Jak wypadł ten koncert?
Glaca: To był najwspanialszy koncert w moim życiu. Rewelacyjna sytuacja - mnóstwo właściwych ludzi na właściwym miejscu (wg ocen policji ok. 300 tys. ludzi). Cudownie się gra, wiedząc i widząc, że oni wszyscy przyszli właśnie do ciebie. Dziękuję wszystkim za to spotkanie.
Magic: To prawda, było pięknie. Po raz pierwszy podczas premiery płyty czuliśmy tak bliski i bezpośredni kontakt z publicznością. Premiery naszych poprzednich produkcji odbywały się w sytuacji podobnej do obecnej: siedzimy wygodnie w fotelach, dziennikarz zadaje kolejne pytanie. Nie mówię, że jest niemiło, wręcz przeciwnie, ale sama rozumiesz - na Woodstock na żywo ocenialiśmy spontaniczną reakcję ludzi na prezentowany materiał.
I jak wypadła ta ocena?
Glaca: Na koncercie wyśmienicie, ale teraz o tym, jak podoba się nasza nowa płyta, dowiadujemy się przede wszystkim za pośrednictwem naszej strony www.sweetnoise.org. Śledzę te reakcje bardzo uważnie. W tej chwili podzieliłbym opiniujących na trzy grupy.
I dlaczego to wszystko takie elektroniczne?!
Glaca: Nasz skok w elektronikę był spowodowany tym, że naprawdę potrzebowaliśmy zmiany i utrzymania tego, że jako zespół wciąż mamy w sobie świeżość, a w naszych produkcjach jest spontaniczność, poszukiwanie i próba sprecyzowania własnego "ja" w danym momencie. Uważam, że z gitarowej muzyki wycisnęliśmy już wszystko, co było możliwe. Zestaw bębny, gitary, wokal po prostu się wyczerpał. Już na "Końcu wieku" zaczęliśmy poszukiwać przeróżnych technik, które nadałyby naszym produkcjom drugie dno, poszerzyłyby muzyczny plan. Jedną z naturalnych rzeczy było sięgnięcie po nowe instrumentarium, które daje nowe możliwości. Kiedy pojawił się u nas nowy syntezator Virus B, okazało się, że to jest absolutna rewolucja. Zyskaliśmy mnóstwo nowych barw, które mogliśmy łamać, programować i łączyć ze sobą. Wszystkie dźwięki są naszego autorstwa, nie ma żadnych gotowców. Zagłębiliśmy się na kilka miesięcy w sztukę programowania tych urządzeń i wycisnęliśmy z nich to, co najlepsze. Jednocześnie całość wciąż ma posmak punk rocka, bo opiera się głównie na naszej muzycznej intuicji i wyobraźni.
Magic: Istnieje pewna grupa ludzi, która nie potrzebuje, a nawet nie lubi zmian brzmieniowych w ogóle. Ci ludzie oczekują, że będzie się dla nich w obrębie jednego wybranego działać niezmiennie. W ten sposób zresztą najróżniejsze gatunki umierają, bo trudno jest po pewnym czasie cokolwiek w nich wykreować.
Są i takie osoby, które odrzucają słowo syntezator, bo jest dla nich z założenia złe. Uważam, że nie należy podchodzić do sztuki w ten sposób. Można też oczywiście powiedzieć nie, to nie jest dla mnie, i zostać na przykład przy trzech poprzednich albumach, które zrobiliśmy. Cieszę się, że jednak tak wiele osób zaakceptowało to, że robiąc płyty już od dziesięciu lat, mamy prawo rozwijać się, zmieniać, eksperymentować.
Także z gośćmi. "Dzisiaj mnie kochasz, jutro nienawidzisz" nagraliście wspólnie z Anną Marią Jopek.
Glaca: A to akurat był bardzo świadomy i przemyślany wybór. Ania dysponuje wyjątkowym głosem, od dawna podziwiam pasję, z jaką podchodzi do swojej pracy. Poza tym wiedzieliśmy, że szanuje to, co robimy jako Sweet Noise. Współpraca z Anią wypadła znakomicie.
Istnieje szansa, że kolejny materiał Sweet Noise będzie pozbawiony elektroniki?
Glaca: Trudno powiedzieć już teraz, jaki on będzie, natomiast te maszyny kryją przed nami z pewnością jeszcze wiele tajemnic i mnie osobiście bardzo mocno to kręci. Jestem pewien, że bylibyśmy w stanie zbudować na nich jeszcze całkiem sporo rzeczy potężnych i w ogóle maksymalnie zakręcić.
Uważaj Glaca, didżejem zostaniesz...
Glaca: Dlaczego nie? Myślałem o tym, że gdzieś w przyszłości musimy to wszystko bardzo multimedialnie opanować. Może to zabrzmi nieskromnie, ale zawsze stawiałem Sweet Noise obok bandów, które zawsze szanowałem i lubiłem. To było z jednej strony Led Zeppelin, z drugiej Black Sabath, działający teraz Tool czy Tricky. To są artyści, którzy tak naprawdę nie oglądają się za siebie, tylko idą do przodu, bez względu na wszystko. Wszyscy oni z jednej strony mają swoich zagorzałych wielbicieli, z drugiej antagonistów, którzy atakują każdą zmianę. Myślę, że nie ma rozwoju bez takiego właśnie niebezpieczeństwa. Nie da się zadowolić wszystkich. Chyba że na weselach - tam wszyscy mają się dobrze bawić. Ale my nie gramy na weselach.
Za to występujecie w komiksie!
Magic: Komiks to kolejny eksperyment. Śledziu, twórca całości, od razu przyjął propozycję wykreowania postaci, które uczestniczą w naszych koncertach i przeniesienia ich w komiksową rzeczywistość.
Glaca: Komiks leży w kręgu naszych zainteresowań. Ja na przykład od początku wkręciłem się w Thorgala, a komiks to dla mnie sztuka tak samo wartościowa jak każda inna i to, że w nim zaistnieliśmy wydaje mi się bardzo fajne. Jest zresztą niesamowite, jak Śledziu doskonale zrozumiał, o co nam chodzi. Sposób, w jaki wytłumaczone jest na łamach Produktu nastanie "czasu ludzi cienia" jest rewelacyjny.
Komiks to bardzo oryginalny sposób na promocję płyty, ale co ze "starą, dobrą" trasą koncertową?
Glaca: Nie mamy sprecyzowanych planów koncertowych. Myślę, że w tej chwili rynek dopiero bada, na ile wróciliśmy i jakie jest zapotrzebowanie wśród ludzi na ten materiał. Będzie duże, to koncertów będzie dużo. To drogie przedsięwzięcie, bo mamy obecnie dziewięć osób na scenie plus artyści, którzy nam zwykle towarzyszą, obsługa, dekoracje. Wykroczyło to więc poza ramy klubu i jest kosztowniejsze, ale mam nadzieję, że wkrótce zagramy. Przynajmniej kilka porządnych koncertów.
|